o niefarcie słów kilka


02.lipca.08 :: 0:37:44 komentarze (4)

w czym rzecz?
zachodzę w głowę... i jak dotąd nie przychodzi mi do głowy ŻADNE uzasadnienie...

może wszystko przez to, że gdy podnoszę monetę z ziemi/ podłogi, nie mam odruchu chuchania na nią. może dlatego, że nie obracam się w okół własnej osi, plując przez lewe ramię gdy widzę czarnego kota i w najmniejszym nawet stopniu nie cierpię na drabino-fobię... może dlatego, że kiedy stłukę lustro, jedyne czego się obawiam to to, by się nie pokaleczyć sprzątając odłamki.
może sama jestem sobie winna bo nie raz siadałam na rogu stołu.

nie wiem, słowo daję.

bardzo możliwe, że pewnego dnia skończę jako szurnięta kociara- wiecie, taka samotna babka, która trzyma w mieszkaniu dziesiątki kotów i gada do nich.
zapowiadam się nieźle do tej roli- mam już trzy koty i często do nich gadam.
może zachoruję na schizofrenię- bo w sumie czemu nie? miałam w rodzinie jeden przypadek tej choroby, więc wierząc w genetykę (bo cóż innego do wiary pozostało), mam szansę odziedziczyć tą jakże uroczą przypadłość.
może któregoś dnia padnę na serce, bo i problemy z sercem nie są obce mojej rodzinie.
szlag. słowo daję, nie wiem.

może to wszystko sprawa tych czarnych kotów i antyodruchu chwytania za guzik w okolicach kominiarzy. nie wiem.
może po prostu, taka karma.
może jeszcze nie czas.

któż to wie.

nie mniej jednak- przestroga dla wszystkich.
jeśli akurat, jakoś was najdzie myśl, że a nuż, tego dnia należy usiąść przy wybitnie nie-narożnikowym miejscu stołu... na wszelki wypadek tak zróbcie, bo słowo daje, nie wiem- cholera wie, z tymi durnymi przesądami.

mięta


29.czerwca.08 :: 2:44:35 komentarze (2)

nocna refleksja nad kubkiem herbaty...
gwaltownych rewolt w zyciu nigdy dosc
niespodziewanych zwrotow akcji i niepojetych wydazen.
jak widac.
tej pani juz podziekujemy...

taki nocny twor para-poetycki, pseudo-artystyczny, wybitnie grafomanski.
(szlag, kiedy ja ostatnio jakikolwiek wiersz napisalam? oO)
dobranoc....

***
w pomieszaniu zmysłów
został smak mięty
parzonej nie długo
dwie łyżeczki cukru
nie zbyt słodko
nie dosc gorzko

i, tak jakby, kubek z miętą
patrzył na mnie dziwnie
wyraźnie zaskoczony.

co ze mnie wyrosło?


15.czerwca.08 :: 3:32:35 komentarze (24)

trzecia w nocy, wróciłam właśnie z późnego spaceru.
usiadłam na chwilę do komputera, który zostawiłam włączony przed wyjściem. na pulpicie grono.net ( przedziwne ustrojstwo do którego mam coraz bardziej ambiwalentny stosunek) i spojrzałam na fora do których przynależę.
tu zrodziła się myśl... kim się stałam przez te lata?
pamiętam mgliście czasy gdy zarzekałam się, że nigdy nie będę palić... przypomniałam to sobie, odpalając właśnie wieczornego papierosa i po namyśle... zgasiłam go. w pokłonie chyba dla tej dziewczynki sprzed lat. trochę jak minuta ciszy.
pamiętam, że chodziłam do kościoła. modliłam się. najczęściej o to, by zacząć wierzyć. trudno dziś nawet powiedzieć, że przestałam, bo przez te lata nie udało się zacząć. przestałam chodzić do kościoła. szczerze mówiąc, nie modlę się już od lat.
pamiętam, aż zbyt dobrze, szczenięce lata, w których nie pasowałam do układanki moich rówieśników. kolejne "podstawówkowe przyjaźnie", kończące się dramatycznie.
zapłakana wykrzykiwałam do swojego pluszowego misia, że nigdy nie znajdę prawdziwych przyjaciół. znalazłam.
przypominam sobie również ludzi, którzy dokuczali mi, robili przykrość. nauczyłam się być cyniczna, być ponad. zrobiłam kilku osobom przykrość, przez ostatnie lata. nie powiem, że nie żałuję.
patrzę na swój profil. widzę forum tatuażu, piercingu, forum o seksie, widzę swoje dawne szkoły.
i nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniłam się przez te lata.
każdy kopniak, każde złe słowo, każde przykre spojrzenie, nauczyło mnie siły.
każdy ciepły uśmiech, serdeczny uścisk, przyjacielska rozmowa pozwoliła mi dawać teraz z siebie dwa razy więcej bliskim.
co ze mnie wyrosło? zobaczymy... za następne 21 lat :-)

stopnie


06.czerwca.08 :: 14:42:31 komentarze (0)

sa rzeczy między ludźmi, które podlegają stopniowaniu.
Stopniowo poznajemy drugiego człowieka. pocałunki stopniowo stają się coraz bardziej odważne i łapczywe.

stopniowo, z sympatii rodzi się zauroczenie... zakochanie... po zakochaniu wraz z przyjaźnią przychodzi kochanie. czasochłonne, powolne i często trudne. Ale gdy już przyjdzie ten ostatni stopień... świat staje się całym tym kochaniem. kochanie staje się światem.

i nic w tym złego, nic niezwykłego...
bo wszystko, krok po kroku, stopniowo w życiu rozwija się naturalną koleją rzeczy.

ot takie moje rozważania, pośród kolejnych kamieni milowych, kolejnych stopni życia...

Jasne, korupcja jest zła, ale po co ta szopka?


14.lutego.07 :: 15:44:56 komentarze (10)

Centralne Biuro Antykorupcyjne, nazywane również po cichu prywatną policją Kaczyńskiego, święci dziś swój pierwszy sukces.
Chłopaki po konferencji prasowej i spisaniu raportów napewno wylądują dziś przy kielichu.

I oczywiście, nie uważam, że należy przymykać oko na łapówkarzy.
Co więcej, jeśli zarzut zabójstwa jest zasadny, to pan Mirosław G. powinien wylądować w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
Bo abstrahując od zwykłej ludzkiej moralności, każdy lekarz, również kardiochirurg składa przysięgę Hipokratesa- "po pierwsze- nie szkodzić".

Ale co innego mnie mierzi. Wielkie show, popisówka pana Kamińskiego.
Znakomitej jakości nagrania operacyjne ukazujące pojmanie kardiochirurga z dbałością o każdy szczegół- jakby był groźnym terrorystą.

Ubiór panów z CBA godny wyspecjalizowanej grupy AT'ków- kominiarki, ciężkie buciory, broń przy pasku i kurtki wzorowane na FBI.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby wyruszali rozbrajać Al- Kaidę, a nie łapać skorumpowanych doktorów.

Farsa.
Z zaufanych, pewnych źródeł wiadomo mi, że panowie operacyjni na początku dzisiejszej akcji w Szpitalu MSWiA pomylili piętra.
Wparowali uzbrojeni do gabinetu, ale innego profesora, a asystentce, która uprzejmie wyjaśniła, że pan profesor wróci za parę minut, prześmiewczo odpowiedzieli, że chyba za parę lat.
Po chwili zorientowali się, że to nie o tego lekarza chodzi i poszli piętro wyżej. Tabliczka z nazwiskiem na drzwiach najwyraźniej nie wystarczy.

Gratuluję sukcesu i szczerze życzę dalszych, choć sugeruję by p.Kamiński nieco przytemperował brawurowe nastawienie swoich podwładnych, bo robiąc z siebie wielkich agentów specjalnych, jedynie się ośmieszają.

Ot, dywagacje o przyzwyczajeniach i nawykach rozmaitych


12.lutego.07 :: 4:28:16 komentarze (3)

Z codziennych, cyklicznych czynności, które wykonujemy właśnie z przyzwyczajenia, można by utworzyć liste na całą lodówkę. A w przypadku mniejszych lodówek po odpowiednim odcięciu części kartki starczyłoby również na wytapetowanie szyby w piekarniku.
Do czego zmierzam... Dostrzegam w swoim życiu mnóstwo przyzwyczajeń, zawadzających w definicji o nałogi. Ale "przyzwyczajenie" brzmi ładniej.

Nie dość, że palę, to jeszcze żuję do tego gumę. Zawsze orbit. Zawsze zieloną. i zawsze, przed zapaleniem, po posiłku ładuję do ust kolejne dwa centymetry jakiegoś azbestu z gumą arabską. Czy czegoś czego używa się do produkcji zielonych orbit. Ale jest smaczna i poprawia mi papierosowy oddech.

Z przyzwyczajenia zostawiam torebki po herbacie w pustych kubkach na stole. Zaczynam się już przyzwyczajać do tego, że po chwili się reflektuję i wyrzucam je jednak do kosza na śmieci. Obawiam się, że wykształtowanie w sobie przyzwyczajenia wstawiania brudnych, pustych kubków po użyciu do zmywarki zajmie mi jednak trochę więcej czasu.

Przyzwyczaiłam się, do sypiania w godzinach godnych pracownika nocnej zmiany na stacji benzynowej. Od szóstej do piętnastej.
Co gorsza odzwyczaiłam się od bycia osobą pracującą, a niebawem będę musiała się do tego przyzwyczaić spowrotem.

Mam w nawyku picie kilku, jeśli nie kilkunastu herbat dziennie, a nie moge w sobie wymusić nawyku mycia zębów po każdej herbacie. A szkoda, bo przez to pakuję do ust kolejną orbit, by pozbyć się herbacianego nalotu na zębach. Coż, przyzwyczaiłam się już.

Pozwolę sobie zakpić sama z siebie i pochwalę się, że szczęśliwie nie mam okazji przyzwyczajać się do imion swoich kolejnych chłopaków, bo zapewne nawarzyłabym sobie piwa, niejednokrotnie.

A'propos piwa- weszło mi w nawyk również spożywanie sporych ilości tego trunku ilekroć znajdę się w lokalu z możliwością dostępu do wspomnianego. Odzwyczajam się, przez zredukowanie częstotliwości chadzania do takich lokali.

Cóż... "Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka"- zwłykłam mawiać.

"Nie ma tego złego..."


11.lutego.07 :: 0:38:45 komentarze (3)

Liczne negatywne doświadczenia życiowe, zwłaszcza te z tendencją do bytowania stadnego- co oznacza ni mniej ni więcej jak pasmo nieszczęść i porażek- nie są takie złe.
"Zwariowała", pomyślicie.
Ale nie. Chyba. Zresztą już wykładam co mam na myśli.

Nie dość, że po burzy zawsze prędzej czy później- choć na ogół później, wychodzi słońce, to jeszcze, co najważniejsze, każda burza uczy nas budowac coraz to lepsze piorunochrony i wiatrołapy.
Słowem- uczymy sie siebie, poznajemy swoje mocne i słabe strony, ale również poznajemy swoje otoczenie i sposób na bezbolesną w nim egzystencje.

Summa summarum- opłacalnym jest dostać solidnego kopa od życia. Zakładając, rzecz jasna, że "kop" nie przyniesie w efekcie kompletnej degrengolady i jednego wielkiego przygnębienia, w miejsce, w którym po przebolałym okresie wykiełkować powinna siła i radość życia.

Tak czy siak, piszę to, bo, Moi Drodzy, zaczynam spowrotem wspinać się na dodatni odcinek mojej życiowej sinusoidy i licze na utrzymanie tendencji zwyżkowej na dłuższy czas ;)

o łzach, w kilku słowach


06.lutego.07 :: 3:12:45 komentarze (2)

... Zaskakujące, jak mieszanka soli, wody i kilku tam jeszcze zabawnych składników wylana w odpowiedni rękaw, potrafi pomóc. Co prawda chwilowo, bo gdy wstanie sie dnia nastepnego ból, czy też ogólnie pojęty smutek nadal na ogół doskwieraja.
Nie mniej jednak... choć może Was to rozbawić... nawet takie duże dziewczynki jak ja chlipią czasem w maminy rękaw.
No i jeszcze jeden lek na smuta. Choć raczej przeciwbólowy, o działaniu miejscowym i krótkim. Szanty. W ulubionej tawernie. Z ulubionymi ludźmi. Z ulubionym piwem w kuflu.

Sama sobie się dziwię, słowo daję ;) może to przez ten kisiel który lał się dziś, dosłownie, wiadrami ;)

O oblodzonych chodnikach słów parę


29.stycznia.07 :: 16:47:26 komentarze (2)

... Dzyń dzyń dzyń, dzwonią dzwonki sań... ach, och... jak pięknie, białe koronkowe płatki migotliwie suną w powietrzu, ach, och, bajecznie opadają na gałęzie drzew i na policzki...
I coż z tego, że pięknie? Zima ma zdecydowanie więcej wad niż zalet.
A czemu? A no temu, że odsetek zamarzających bezdomnych jest znacznie większy zimą niż latem. Cóż. Nie śmiejcie się ze mnie. To też argument. Inna sprawa, że mało kogo obchodzi los zamarzniętych bezdomnych gdy ma w perspektywie romantyczne lepienie bałwana, czy ekscytujący zjazd na sankach z górki między blokami Służewia nad Dolinką. Dla tych, którzy nie wiedzą, jest to raczej mała górka.

Zima jednak, to nie tylko zamarzający bezdomni.
To spierzchnięte usta, zgrabiałe palce i wieczna walka o życie.
I ten ostatni wątek mam zamiar rozwinąć.

Jak na kobiete przystało mam pewne małe spaczenie (przez co, poniekąd sama jestem sobie winna tej walki o życie...).
Chodzę na obcasach. Na ogół dość wysokich. I co następuje...
Odechciewa mi sie wychodzenia z domu, choćby i na najbardziej bajeczną z bajecznych randek przy lepieniu bałwana, gdy w perspektywie mam pokonanie paru metrów oblodzonego chodnika.

Oblodzone chodniki dzielą się na kilka typów.
Pierwszy to ta buro-ruda kostka. Na ogół lód kryje się pod warstwą brejowatego zdeptanego śniegu.
Kolejny typ oblodzonego chodnika- i to zdecydowanie najbardziej brutalny spośród brutalnych- to kocie łby. Ta odmiana jest groźna i drapieżna gdy spadnie zwykły deszcz, nie mówiąc już o śniegowolodowej morderczej warstwie.
Są jeszcze zwykłe płyty betonowe. Licząc na to, że nie trafi się obcasem Akurat na jedno z licznych pęknięć i szczerb w takiej płycie, możnaby nawet uznać, że ta odmiana jest niegroźna.
I jest jeszcze jedna, wyspecjalizowana w morderczych celach, odmiana oblodzonego chodnika.
Gładzone, śliskie same w sobie płyty na Nowym Świecie.
O zgrozo. Nawet pisząc o nich, w zaciszu domowym, w ciepłym polarowym szlafroczku poczułam na wskroś przechodzące mnie dreszcze przerażenia.

A czemu o tym piszę? Bowiem, drodzy moi, za mniej więcej czterdzieści pięć minut będę zmuszona zdjąć mój szlafroczek, zastępując go zimową kurtką, zostawić w kącie kapcie i założyć na nogi kozaki a wreszcie, co nieuniknione, wyjść z domu na kolejne zmagania chodnikowe.

O ośnieżonych schodach napiszę innym razem.

peace.


Wstępniak


29.stycznia.07 :: 4:03:42 komentarze (4)

... trzecia już odsłona flavlogów... :)
czuję się troszkę jak maniak- ekshibicjonista.
ale to nie tak. czuję gryzącą od wewnątrz wenę, która karze mi pokazywać to co tworzę, skręcam, sklecam, przerabiam.

zdjęcie w tle nosi tytuł "puszczam się z dymem" i można je znaleźć w archiwum flav.fotolog'a.
to narazie tyle :)

dobranoc :)



Layout by f l a v


add * look


2011
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



flav.fotolog
flav.comix